NA MARGINESIE, CZYLI TEKST POD PRETEKSTEM:


Moje garbate szczęście czyli jak tu kota nie dostać...




 
    MiejsceWrocław   
   CzasMajówka 2009 i konsekwencje    
   WystępująTośka, Frucha i przeszłość   
   Zdjęcia Panasonic głównie   
   Teksty PKa   
 
   Jak stąd wyjść? Kliknąć tutaj!    
 


















O święta naiwności!

Wyobraźnia przeszkadza widzieć rzeczywistość taką, jaka jest - tylko taką, jaka jest. Do nagich faktów przypina listki figowe, maluje brody, doprawia wąsy... Odporność na te sztuczki byłaby pożądana i pozwoliłaby uniknąć wielu rozczarowań i niespodzianek, wątpię jednak, czy jest możliwa...

Omamiona wyobraźnią, zamiast zobaczyć w lesie wychudzonego kociaka, który nigdy już nie odrobi zapóźnienia w rozwoju, braków białka i witamin w okresie wzrostu, niedostatku ciepła i dobroci w "dzieciństwie", zobaczyłam... wychudzonego kociaka, który wyrośnie na pięknego, wiernego, inteligentnego i pełnego miłości dla ludzi kota.

W moim wieku! Wierzyć w takie bajki! A jednak... Siła wyobraźni przeniosła kociaka z zimnego, głodnego i pełnego insektów lasu pod nasz dach.

Twarzą w twarz

Postawione (kociak okazał się oną) twarzą w twarz musiałyśmy jednak stawić czoła rzeczywistości, odrzucająć mrzonki i fantasmagorie. Kotka szybko i trafnie oceniła sytuację - uznała, że od teraz może mieć pełną miskę i ciepłe łóżko za frico. No to tyle z siebie daje - życiowa ergonomia. Ja oceniłam, że jak garba sobie wzięłam, to trzeba go wyprać, odrobaczyć, odpchlić, zaszczepić i odkarmić - życiowa naiwność. Czynności higieniczne odbiły się na psychice Garba - nie skojarzyła, że te cokolwiek przykre wydarzenia wyeliminowały z jej życia stada wszołów, pcheł, kleszczy i świerzbowców. Natomiast uparcie twierdzi, że branie na ręce zawsze kończy się kłuciem, grzebaniem w uszach, wpychaniem tabletek do dzioba czy topieniem w wannie. Ten błąd w rozumowaniu moje ręce przypłaciły już po wielokroć, a psychika powoli skłania się ku zastosowaniu szerszego repertuaru środków obłaskawiających vel obezwładniających wykraczających poza papu, głaskanie i mruczenie do ucha.

Defekt

Ewidentne dowody wykazujące nie pierwszy raz moją życiową naiwność skłoniły mnie (nie pierwszy raz także) do refleksji i grzebania w przeszłości w poszukiwaniu przyczyn tej ułomności. Próby obarczenia odpowiedzialnością rodziców, siostry lub przelotnych przyjaźni spełzły na niczym. Może nie są całkiem niewinni, ale jakoś nikt z nich nie kojarzy mi się z wieszaniem na szyi, obarczaniem odpowiedzialnością nad miarę, stymulowaniem ckliwości i łzawego współczucia.

Jako kolejnych wzięłam pod lupę towarzyszy harców i zabaw z głębokiego dzieciństwa. Tutaj już coś zaczęło mi świtać. Wolny od usystematyzowanych zajęć szkolnych czas wakacyjnej beztroski spędzałam najczęściej na anielskiej, sielskiej wsi. Była to wieś tylko z nazwy - do prawdziwej wsi szło się stamtąd trzy kwadranse przez łąki, a półtorej godziny szosą. Do ludzi w szerokim tego słowa znaczeniu - tyleż samo. Dla cztero-ośmiolatki, tak czy inaczej, była to nieskończoność. Pozostawało najbliższe otoczenie o gęstości zaludnienia 6 osób/okolicę, które zazwyczaj miały swoje dorosłe zajęcia. Jedynymi skłonnymi do dziecięcych zabaw i figli stworzeniami była gromadka kundli, kociaków i kurczaków. Siłą rzeczy zostałam przywódcą stada, niańką, kocią i psią mamą, kwoką w jednej osobie.

Taki ogrom odpowiedzialności musiał wryć mi się mocno i głęboko. Stąd pozostał mi zwyczaj gadania do wszelkich czworonogów, chęć zrozumienia ich, niańczenia, przygarniania...
Taaaak, to musiało być to...

Gentelmeńska umowa, czyli jak Zabłocki...

Garb, ochrzczony Tośka, niecnie wykorzystawszy mój słaby punkt, panoszy się w nowym lokum. Próbom nawiązania kontaktu czy konwersacji zasadniczo daje odpór kłami i pazurami. W celu dotarcia do jej "garbatego" rozumku trzeba najpierw odciąć wszelkie drogi ucieczki, ewentualnie założyć chwyt dobrze obezwładniający. Ograniczywszy w ten sposób do minimum udział "rękoczynów" w konwersacji, można starać się nawiązać kontakt werbalny. Jednak odpowiedzi koteczki na moje próby raczej nie pozostawiają złudzeń - trafiam do niej jak dziad do obrazu, kula w płot czy groch o ścianę.

W taki bolesny sposób po raz kolejny przekonałam się, że w życiu trzeba kierować się sprawdzonymi zasadami handlowymi, a nie naiwnym kodeksem honorowym. Przystępując do wymiany dóbr trzeba spisać dokładną umowę określającą zakres i koszty świadczeń wzajemnych oraz intercyzę pozwalającą w sposób satysfakcjonujący obie strony o sprawie zapomnieć. Nie zawadzi poprzeć papierki zastawem, kodeksem handlowym i narzędziami skutecznej egzekucji prawa, czyli wymiarem sprawiedliwości. Jak się to zaniedba, to ma się przechlapane. A ja zaniedbałam, nie ma co kryć...

Renegocjacje, czyli teraz to mi możesz...

Mogę grzecznie prosić Garba o renegocjację kontraktu, ale ona konsekwentnie odpowiada mi: spadaj... Gdy po jednej z ostrzejszych wymian argumentów, roztoczyłam przed nią wizję lepszego świata na zewnątrz i otworzyłam drzwi na oścież, to nie ruszyła się dalej niż na wycieraczkę. Utrzymała pozycję przez bitą godzinę. W końcu wpuściłam ją z powrotem, by nie wyjść przed sąsiadami na męczyciela bezbronnych stworzeń. Ludzie mają to do siebie, że sądzą po pozorach - oszacują, że jak ktoś jest dwadzieścia razy większy, pięćdziesiąt razy starszy i (teoretycznie) sto razy mądrzejszy, to wina musi być po jego stronie - paranoja jakaś, bo z kolei wymiar sprawiedliwości, czyli skodyfikowane ludzkie poczucie sprawiedliwości, działa wręcz przeciwnie - tam racja jest zawsze po stronie silniejszego.

Skazana przez własną naiwność, garbate szczęście i ludzkie gadanie na nową współlokatorkę wydzieliłam jej miskę, kuwetę, przestrzeń życiową i staram się przełknąć kolejną życiową porażkę z godnością.

Towarzyszka niedoli

Okazało się, że Garb nie jest tylko moim garbem. Drogę pod nasz dach - obok mojej infantylności - ułatwiła jej Frucha. Od początku upierała się, że potrzebuje towarzystwa. Od początku też dała nam do zrozumienia, że to nie o nas chodzi. W sumie to nawet potrafiła przytoczyć racjonalne powody. Tarzanie się po dywanie w kocich zapasach, pogonie po stołach i pod w kocich wyścigach oraz przybijanie pazurkami piątki, to nie jest to, co ludzie lubią najbardziej i robią najlepiej. Stąd w mojej głowie zakiełkowała myśl, że drugi kot być może byłby dobrym rozwiązaniem. Nie byłby już takim balastem jak pierwszy, a zająłby się trochę Fruchą (czy ona by się nim zajęła, obojętne). Wykopana i pielęgnowana przez Fruchę nisza stworzyła w moim umyśle irracjonalną pustkę i potrzebę posiadania drugiego kota (z perspektywy czasu powiedziałabym, że był to pomysł równy leczeniu bólu zęba za ciasnymi butami - marną satysfakcją pozostaje fakt, że Fruchę też te buty uwierają).

Chodzenie z dziurą w głowie nie jest bezpieczne. Jedna, druga wyprawa do lasu i można coś załapać. Ja, jak już wiadomo, załapałam Garba i jeszcze się cieszyłam, że to nie tylko ludzkie, ale i rozsądne posunięcie.

Wojna domowa

Frucha nie podzieliła mojej radości - widać trzeba było wezwać ją na konsultacje przed podjęciem decyzji. W każdym razie na "prezent" zareagowała jak zwykle, czyli inaczej niż człowiek oczekiwał. Najpierw uparła się, że w domu zalągł się szczur i trzeba go wytępić. Gdy ze zdumieniem odkryła, że potajemnie dokarmiamy tego Szczurka, obraziła się nie na żarty. Na szczęście po kilku dniach jej przeszło i, nie mogąc Szczurka wytępić, postanowiła poszukać jego dobrych stron. Zagaiła kilka razy, zainicjowała zabawę w chowanego czy kotka i myszkę, zachęcająco pacnęła Szczurka po nosie. Szczurek odpowiedział na te zaloty cofając się do głębokiej rezerwy i zabezpieczając należycie tyły. Chociaż Frucha nie zrezygnowała łatwo, nie podjął tematu, a gdy dalej nalegała na konwersację, zareagował takim kociokwikiem, że zarządziliśmy separację.

Gry wojenne

Niestety, separacja nie mogła trwać długo, bo mieszkanie jest zbyt małe, by zmieściły się w nim dwa wrogie terytoria wraz ze strefą buforową. Po tygodniu wycofaliśmy więc siły rozjemcze z pewnym niepokojem obserwując, jak się sprawy potoczą. Pewne, wydawałoby się wysoce zapalne kwestie, koty rozstrzygnęły nad wyraz zgodnie. Solidarnie opróżniają sobie nawzajem miski. Frucha odstąpiła wszystkie zabawki uznając, że ta jedna, nowa, samobieżna i płacząca jak się nadusi, jest znacznie ciekawsza. Koty zwarły także szyki w proteście przeciwko kąpieli i cięciu pazurków - gdy jedna jest "operowana" druga siedzi pod drzwiami i współczuje. Pogodziły się spacerami - Frucha wyrywa się z domu, a Tośki nie daje się wyciągnąć. Z naszego łóżka Frucha korzysta w naszej obecności, a Tośka jak nas nie ma. Do naszych talerzy Tośka zakrada się namiętnie, za plecami i uradkiem, a Frucha, jak już coś wyżera, to w świetle jupiterów i jeszcze domaga się, żeby ją pochwalić i pogłaskać. Konflikt o moje kolana okazał się krótki i pozorowany - nie miały serca walczyć o coś, na czym żadnej z nich naprawdę nie zależy.

Kość niezgody

Świat byłby jednak zbyt piękny, gdyby wszystko dało się tak łatwo podzielić. Najbardziej newralgicznym punktem, w którym utknął proces pokojowy okazała się łazienka. Jest, niestety, jedna i koty powinny się z tym pogodzić. Ok, kuwety rozmnożyliśmy, ale nie przewidzieliśmy, że kot potrafi zużyć tyle kuwet, ile ich jest. Między kotami trwa więc cichy i napięty wyścig - której pierwszej się zachce... Nawet jak jeszcze nie mogą, to krążą wokół, zaklepują, starają się odciągnąć przeciwnika, odwrócić jego uwagę, ewentualnie przegonić, jak się da...

Nawet nie chcę dopuszczać do siebie myśli, co będzie, gdy jedna ze stron się podda - nie wiem, czy zachowam ludzką twarz, gdy zobaczę skutki tej kapitulacji na dywanie lub pod łóżkiem :-(

Lepiej być pięknym i bogatym...

Nie wspomniałam, że Garb była tylko na tymczasem? Mieliśmy ją odchować i oddać dobrym ludziom, gotowym przygarnąć przymilną, puchatą, kochaną, mruczącą koteczkę. Okazało się, że nie jesteśmy w stanie sprawić, by Garb stała się przymilna, puchata, kochana i przestała brumbolić*. Na dodatek zamiast obwieścić, że:
z głębokim żalem i prawdziwą niechęcią, ale z życiowej konieczności, na usilną prośbę petenta (brani pod uwagę tylko odpowiedzialni, kochający koty), by nie zawłaszczać całego szczęścia świata dla siebie rozstaniemy się z koteczką o uderzająco oryginalnej urodzie, wysoce niebanalnym charakterze, która zapewni domownikom moc niecodziennych wrażeń, uszlachetni ich charaktery i pozwoli osiągnąć głębię człowieczeństwa,
szczerze wszystkim przyznałam, że żeby tę kotę wziąć, to trzeba koty lubić! Bardzo lubić! Zwykłe lubienie nie wytrzyma tu próby czasu, kłów, paurów i olewania. Zwykłe lubienie skończy się płaczem właściciela i wykopaniem koty na bruk, bo dyskretne zostawianie otwartych okien i uchylonych drzwi nie pomoże się jej pozbyć - ona na pewno sprawy nie będzie ułatwiała.
Brumbolenie - dźwięki wydawane przez Garba w odpowiedzi na wołanie "kici, kici" czy "Tosiunia", na głaskanie i przytulanie, na dzień dobry, na dobranoc, na do widzenia. Jednym słowem - odpowiedź uniwersalna na każdą okazję.

Freud się kłania...

Można powiedzieć, że nie znam się na marketingu i do sprawy opchnięcia koty podeszłam jak noga ostatnia. Można też pogrzebać głęboko w mojej podświadomości i upierać się, że tak naprawdę wcale nie chcę i nie chciałam Garba oddać. Prawda jest znacznie bardziej prozaiczna. Garb, oprócz zawiedzionych nadziei, to mi właściwie nie przeszkadza. Wiele nie kosztuje. Jak jej nie dotykam, to nie drapie. W razie wyjazdów i tak trzeba znaleźć przechowalnię dla Fruźki, to i Garba się razem upchnie. To co mi szkodzi...

Na upartego można powiedzieć, że Fruźka ma dzięki niej zajęcie. Nie jest to co prawda przytulanie i mruczenie kołysanek do uszka, tylko podchody i polowanie, ale zawsze coś. Dzięki Garbowi i my mamy trochę ruchu, bo trudno się opanować i nie pogonić, gdy kradnie szynkę z kanapki. Muszę też przyznać, że to dzięki Garbowi mam spory plik niebanalnych kocich zdjęć. Frucha nie mogła konkurować z puchatymi pięknościami z internetu uwiecznianymi przez zakochanych w nich i żyjących z nich właścicieli. A takiego drugiego brzydala jak Tośka, to na zdjęciach ze świecą szukać. Trzeba też przyznać, że dzięki brzydalowi zaoszczędziliśmy pieniądze, czas i spory. Bo drugi kot i tak miał być - tak zadecydowała Frucha. Nie ona co prawda wybrała, więc dzięki temu mamy kota za frico, który wygląda tak, że nawet weterynarz postanowił nas nie naciągać na koszty oszczędzając na szczepieniach.

Garbate zalety

A z garbem człowiekowi w życiu tak jakby dostojniej. Daleko mi do szafowania hasłami typu cierpienie uszlachetnia i czczych deklaracji, że zazdroszczę, że ja też bym... Nie, ja nie... w żadnym razie nie czuję się na siłach. Ja nie o krzyżu i cierpieniu...

Ja mówię tylko o takim garbie, który trochę dociąża człowieka, żeby podmuchy nim zbytnio nie miotały. Pamiętam jak w odległej przeszłości, w średniej młodości wyjeżdżałam na rajdy po Bieszczadach. Zaopatrzenie wówczas kulało, więc wszystko trzeba było zawczasu uzbierać, do placaka upchać i na plecy zarzucić. W samych Bieszczadach na transport nie było co liczyć, więc dźwigało się dobytek na plecach dzień, dwa... tydzień, dwa... Kiedyś po całym dniu dotarliśmy do miejscowości (Wetliny, bodajże), z ulgą zrzucilismy garby przy pierwszym domostwie i polecieliśmy szukać noclegu. Polecieliśmy, to właściwe słowo. Uwolnione od ciężaru nogi wykonywały nieskoordynowane podrygi, odciążone plecy gibały się bez ładu... Dwa tygodnie treningu pokazały, że w każdym tkwi spory zapas sił pozwalający ponieść coś więcej niż własną osobę.

Skoro można, to czemu nie... Co mi szkodzi, Brumbol...



 
Jednak chcesz stąd wyjść? Kliknij tutaj!
 

Licznik marginesów: