NA MARGINESIE, CZYLI TEKST POD PRETEKSTEM:


ZABAWA W BOGA czyli w mętnej wodzie łowienie.




 
    MiejsceNad Bałtyk mnie poniosło, do Sopotu   
   CzasPoczątek kwietnia AD 2008    
   WystępująPiasek, ptaki i łodzie   
   Zdjęcia Olympus dostaje jeszcze jedną szansę    
   Teksty PKa    
 
   Jak stąd wyjść? Kliknąć tutaj!    
 



Dobre chęci

Na żywych społeczeństwach eksperymentuje się ponoć z oporami. No chyba, że chce się dobrze. Wtedy wolno i wtedy jest etycznie.

Kieszonkowe

Europa przyjeła nas, ubogiego krewnego, w swe progi i dała trochę kieszonkowego, żebyśmy się jakoś ogranęli. Znając jednak słabostki ubogich krewnych, Europa postanowiła przypilnować byśmy nie wydali wszystkiego na duperele, tylko zainwestowali w przyszłość.

Wytyczono więc koryto nurtu, zaplanowano kierunki przepływu, zakreślono obszary wyższych potrzeb, wskazano pustynie wymagające pilnie ożywczych inwestycji... i strumień pieniędzy popłynął.

No i zaczęło się...

Zalew

Mam taką historyczną książkę z lat 50-tych pt. "Bieszczady - przewodnik". Wybrałam się z nią niebacznie w Bieszczady w latach 80-tych. Niby to drobiazg, niby żadne ruchy górotwórcze na wielką skalę miejsca nie miały, wietrzenie, choć swoje zrobiło, to też jakoś kardynalnie krajobrazu nie zmieniło, a jednak...
W międzyczasie w Bieszczadach przegrodzono San i powstał Zalew Soliński. Nie chodzi o to, że mam coś przeciwko, że coś tam zniszczono, jakiś ekosystem zginął, jakiś powstał... Nie o tym chciałam. Nie jestem twardym zwolennikiem teorii, że zawsze dawniej było lepiej.

To o co chodzi?

Chodzi o to, że w moim przewodniku sprzed pół wieku ten zalew był już planowany. Na załączonej mapce zakreskowano przewidywany obszar Bieszczadzkiego Morza a przerywaną linią zaznaczono jego brzegi.

Spróbowałby człowiek w latach osiemdziesiątych przespacerować się tymi brzegami! To po czubek nosa w wodzie, to po chaszczach i wertepach, które wody, oprócz tej z nieba, nigdy nie widziały.

Tak to jest, gdy małym rozumkiem chce się ogarnąć żywioł dalece bardziej rozległy i pomysłowy niż horyzonty rozumku. Gdy przeciwko wyliczeniom geologów, staną ukryte głęboko pod ziemią warstwy wodo- i niewodo- nośne, osunięcia zboczy, zawirowania nurtów.

Co to ma wspólnego z Unią?

Na przeciwko unijnych strategów, którzy zaplanowali rozwój naszego kraju w kierunku europejskich standardów, wyższej wydajności pracy i organizacji, kosmicznych technologii i postępu na miarę XXII wieku stanęło +- 35 milionów pomysłowych głów gotowych dostosować strategiczne plany do swych życiowych potrzeb, a ożywczy strumień eurogotówki skierować do własnego ogródka.

Nie twierdzę, że stratedzy tego nie przewidywali.

Przewidzieli!

Oczywiście, że przewidzieli. Powołali całą armię urzędników, którzy mają przeciwdziałać, dopilnować, zadbać i rozliczyć. Opracowali procedury, formularze wniosków i rozliczeń, wytyczne i regulaminy. Jednym słowem wytyczyli brzegi, pobudowali tamy, najęli specjalistyczny dozór. Potem, zadowoleni z dobrze wykonanej roboty, odkręcili kurek.

Też czasami tak mam!

Napracuję się nad koncepcją, zorganizuję, przewidzę błędy i wypaczenia, opracuję plan awaryjny beta, gamma itd. A potem patrzę i podziwiam. Podziwiam, jak niewiele rzeczywistość ma wspólnego z moimi przewidywaniami. Jak malutki, nieokreślony czy niedoceniony czynnik rozwala w gruzy koncepcję. Jak ruchy Browna wypiętrzają góry tam, gdzie miały być doliny, zasada nieoznaczoności Heizenberda kieruje planety na nowe orbity.

Na szczęście mam wystarczająco rozumu, by nie marzyć o powodowaniu zjawisk na masową skalę. Jakby rozumu mi brakło, to na szczęście nie mam wystarczająco dużo gotówki. Oni niestety nie! Oni mają gotówkę!

Krajobraz po bitwie

Unijne dotacje wyrzuciły na brzeg kutry i wycięły przydrożne drzewa zamiast unowocześnić rybołówstwo i drogi. Wypowiedziały wojnę foliowym torebkom, zamiast ukrócić zsypywanie do jednego wora śmieci pracowicie posortowanych przez Nowych Europejczyków. Poszatkowały zdobywane w pocie czoła wykształcenie akademickie na licencjaty i kursy zaliczane w tempie czkawki. Idee kształcenia ustawicznego przerobiły na oblegane ośrodki konferencyjne i boom na bankiety. Mobilność pracownika na rynku pracy, na tony zaświadczeń, certyfikatów i pięknych CV.

To tylko kilka wyrywków z długiej listy grzechów...

Bo przecież było tak pięknie...?

Nie... nie było jakoś wyjątkowo pięknie. Nie było jakoś wyjątkowo dobrze. Rybołówstwo, torebki i studia domagały się zmian. Drogi jeszcze pilniej.

Może trudno mieć pretensje, że ktoś chciał w tym grajdole namieszać, ale jednak mam... Wolę, jak życie zostawia się swojemu biegowi, bo wtedy chyba łatwiej przebić się temu, co bardziej wartościowe, trwalsze... No w każdym razie o wartości decydują siły natury, a nie dotacje, strategie i fundusze.

Znaczy, wolę grajdoł?

Nie! Oczywiście, że nie! Ale życie z grajdoła zawsze wykipi, przeleje się, popłynie swoim torem. To utrzymanie go w grajdole wymaga interwencji! Jeśli więc ktoś miał za dużo kasy, to wystarczyło ją wlać na nasze góry i doliny bez drobiazgowego planu i dalekosiężnych strategii. A jeśli nie miał, to i tak się dorobimy. Za jakiś czas.

Dotowanie według planu kończy się tylko twardnieniem urzędniczego betonu, wykwitem nowomowy i pęcznieniem brzuchów na czołach różnych departamentów. Jeśli nawet odżałowałabym, że te moje nieulubione rewiry pławią się jak pączki w maśle w unijnych dotacjach, to odżałować nie mogę, że przy okazji rozrastają się zasłaniając dostęp do światła, wody i powietrza wszystkim innym.

Trudno mi...

Trudno mi ciągnąć dalej w te klocki. Nie wychodzi mi piętnowanie błędów i wypaczeń, eurobiadolenie tym bardziej. Nie mogę wygłosić w tym miejscu apelu do narodu o ogólnonarodową poprawę z kilku powodów: nie wierzę w skutecznośc apeli; wiem, że naród nie czyta tego, co napiszę; nie piszę zresztą dla narodu tylko dla siebie i na dodatek nie mam żadnego apelu do wygłoszenia.
Nie mogę zanieść modłów o męża opatrznościowego dla narodu, bo uważam, że naród sam może o siebie zadbać i męża opatrznościowego nie potrzebuje. Być może to kilku mężów opatrzności potrzebuje narodu do uszczęśliwienia, ale tychże życzyłabym sobie, by los ode mnie trzymał jak najdalej.

A czego chcę?

Ja tylko nie chcę tracić rozeznania i oglądu. Nie chcę zamykać oczu i przestać zastanawiać się, czy inaczej nie wyszłoby lepiej. Nie chcę przyjąć na wiarę, że musi być jak jest i inaczej się nie da. Nie chcę przestać dostrzegać dziwactw, które z tego wychodzą, czy, co gorsze, uznać je za normę lub dobrodziejstwo. No po prostu nie chcę stracić rozumu, wzroku, słuchu, węchu, taktu, gustu i szeregu innych zmysłów.

Jednym słowem...

...no nie chcę, żeby mnie pogięło!

Nadzieja umiera...

Ponoć jako ostatnia... Więc co chwilę łapię się na myśli, że Unia wie lepiej. Uzdrowi, pomoże, poradzi, na prostą wyprowadzi...
Unia wie guzik. Jeśli jest mądrzejsza, to historią i kasą. Unijni urzędnicy nie są Salomonami, którzy jednym palcem rozwiązują problemy społeczeństw nam podobnych. Nie potrafią, to oczywiste! Nie zależy im, to niestety też oczywiste...

Jedyni, którym zależy, to my... Tylko nam zależy jakoś tak... nie tak...


 
Jednak chcesz stąd wyjść? Kliknij tutaj!
 

Licznik marginesów: