2011
|
Góry Izerskie (14.VIII.2011):
"Cześć! Jedziemy w niedzielę na obiad na Polanę Izerską! Na naleśniki!" - dzwoni Leniuchowa z radosną wieścią.
"A my do Mamaam. Ale jeszcze nie wiem na co." - informuję ją, że my też w niedzielę sobie suto podjemy.
"To nie jedziecie z nami?" - okazuje się, że potrzebni jesteśmy Leniom do zaostrzenia apetytu.
"No chyba nie..." - przyznaję.
Okazuje się jednak, że Mamaam można przełożyć na poniedziałek, więc jedziemy. Dwie godziny autem (140 km), 3 godziny piechotą (8 km) i godzina w kolejce - wszystko po to, by zjeść sławetne naleśniki z jagodami w Chatce Górzystów. Potem jeszcze 2,5 godzinki spacerku z powrotem (10 km, ale już bardziej się spieszyliśmy), z pół godziny manewrowania przy wyjeżdżaniu, bo jakiś nierozgarnięty buc zupełnie zastawił nam auto, godzina szukania autostrady, 2 godzinki autostradą i już jesteśmy w domu. Sami pomyślcie, jakie muszą być te naleśniki, że były tego warte?
(Na zdjęciu: Chatka Górzystów na Polanie Izerskiej oblężona przez spragnionych naleśników)
|
|
Jura i Beskid (1-6.VIII.2011):
Opuszczamy Wartę, a razem z nią złą pogodę. Przez Jurę i Bochnię jedziemy w Beskid Sądecki. Potem przez Słowację do Czorsztyna i Niedzicy, i ponownie przez Słowację w Beskid Śląski. Udaje nam się pokonać spory dystans, wspiąć na spore wysokości i dość szczegółowo zwiedzić Polskę od strony agroturystyki. Wszystkie doświadczenia są pożyteczne i przyjemne. Co najmniej przyjemne.
(Na zdjęciu: odradzające się ruiny to obecnie dość powszechna moda na południowych rubieżach Polski)
|
|
Jura i Warta (24-31.VII.2011), czyli upór godny lepszej sprawy:
Jak osioł uparłam się, że chcę na spływ. Niestety uparłam się skutecznie. Wbrew zdrowemu rozsądkowi i prognozom pogody trafiamy na Wartę. Na dodatek przed wyjazdem nikt nie ma czasu sprawdzić, co to za licho ta Warta. No więc wychodzi spływ ekstremalny: 1/3 czasu płyniemy, 1/3 nosimy kajaki omijając jazy, młyny i zapory, 1/3 próbujemy rozpalić ognisko. I powinnam dodać, że z tygodnia przeznaczonego na spływ wycinamy jeszcze parę dni na wycieczki samochodowe. Efekt: przepłyniętych 56 km, przejechanych jakieś 300 km, przedźwiganych - nie policzę.
Ale dobrze jest! Póki co, żyjemy!
(Na zdjęciu: zacytuję jeszcze raz, bo aż szkoda, żeby taki cytat przepadł niezapamiętany: "po śmierci tylko drzewa są piekne")
|
|
Olija i Marko we Wrocławiu (22-24.VII.2011):
Olija i Marko ze Lwowa w końcu decydują się na rewizytę. Udaje im się znaleźć trzy wolne dni w kalendarzu, więc upychają Wrocław pomiedzy Hiszpanię i Pragę. Trudna sprawa - jakby tu pokazać im Wrocław, żeby nie przegrał z kretesem.
Wrocław nie pomaga nam. Przez większość czasu leje. Zwiedzamy muzea - okazuje się, że nie nudzą się ani goście, ani my. Najmilej wspominam zasoby Muzeum Narodowego z działu rzeźby średniowiecznej - goście jeszcze Panoramę Racławicką, co jest zrozumiałe tylko częściowo wziąwszy pod uwagę ich ukraiński patriotyzm. Gdy na chwilę przestaje padać, oglądamy Wrocław z lotu ptaka.
W domu usiłuję choć w minimalnym stopniu dorównać wyczynom kulinarnym, których świadkami byliśmy rok temu na Ukrainie. Wychodzi jak "barszcz w Tokio"?
(Na zdjęciu: "w czasie deszczu dzieci się nudzą...")
|
|
Śnieżnik (16.VII.2011):
"Halo! Obudziłem was?" - dzwoni Leniuch.
"Nieee..." - sapie AM.
"Jak nie, przecież słyszę, że jesteś zaspany" - cieszy się Leniuch.
"Nie zaspany, tylko zasapany! Siedzę z odkurzaczem pod łóżkiem i wymiatam koty!" - prostuje AM.
"Wy to z tymi kotami!" - Leniuch cieszy się jeszcze bardziej. - "Jedziemy na Śnieżnik. Mamy dwa miejsca wolne. Możemy być u was za 30 minut. Nie zabieramy dziecka. Zabieramy psy. Jedziecie?" - nadaje telegraficznie nie zmieniając radosnego tonu.
AM wylazłszy spod łóżka przytyka mi słuchawkę do ucha, bym mogła porozmawiać nieprzerywając szorowania wanny. Negocjuję 15-to minutowe odroczenie na namysł. Z góry wiem, że rozsądek przegra. Perspektywa sprzątania i zaplanowanej na sobotę pracy nie jest w stanie wygrać ze "spacerkiem" na Śnieżnik.
(Na zdjęciu: czy taki widok może przegrać z czystą łazienką?)
|
|
Gołuchów (26.VI.2011):
Gołuchów leży na trasie Toruń-Wrocław, podobnie jak Antonin. Jest otoczony pięknym parkiem, podobnie jak Antonin. Jest wart obejrzenia, podobnie jak Antonin. W przeciwieństwie do Antonina nie odnotował w swej historii tak przykrego momentu, jak obwiązanie kokardką i postawienie pod choinkę Hitlerowi. Właściciele Gołuchowa (Czartoryscy i/lub Działyńscy) zebrali w Gołuchowie piękną kolekcję malarstwa itp., która jednak obecnie rezyduje w Poznaniu, więc jej tu nie zobaczyliśmy. Zresztą wnetrz wcale nie obejrzeliśmy, bo chcieliśmy zatrzymać się tylko na godzinkę, a to ledwo starczyło, by z grubsza obejść obejście i się pozachwycać potężnymi okazami dębów itp. Nawet do żubrów nie doszliśmy :(
(Na zdjęciu: pałac w Gołuchowie widziany z łopianów)
|
|
Praga, Wrocław i po drodze (3-8.VI.2011):
Daleka (i nie moja) rodzina z Australii postanowiła nawiedzić Stary Kontynent nas w to włączając. Czas przeznaczony na Wrocław kurczył się w planach z dnia na dzień niemiłosiernie, a koniec końców jeszcze "Miasto Spotkań" musiało ustąpić połowę swojego terminu Pradze, bo ostatecznie tam wyznaczyliśmy sobie spotkanie. Cóż, czego można oczekiwać po niecałym tygodniu, w którym musiały się zmieścić perły Bohemii i Silesii i jeszcze droga pomiędzy nimi. Po prostu kalejdoskop...
(Na zdjęciu: jedno zdjęcie z miliona)
|
|
Antonin - krótki postój (10.IV.2011):
Antonin leży przy jednej z dróg na trasie Toruń-Wrocław. Oglądałam go dziesiątki razy z daleka i przez drzewa, czyli w sumie nie oglądałam. W końcu, planując atrakcje na kolejny przejazd Toruń-Wrocław zerknęłam do Internetu, by sprawdzić, czegóż to można się w tym Antoninie spodziewać. Zobaczyłam... i autentycznie zdębiałam - takie dziwo - musiałam zobaczyć na własne oczy! Kosztowało mnie to galaretkę agrestową, bo Pałacyk Myśliwski Radziwiłłów obecnie funkcjonuje jako hotel z restauracją, a nie jako muzeum. Ale było warto - nie koniecznie z powodu jakości galaretki.
(Na zdjęciu: dlaczego warto zjeść galaretkę agrestową)
|
|
Wiosna w Karpaczu, czyli Prima Aprilis (1.IV.2011):
Wybierając się w Karkonosze tydzień po pierwszym dniu wiosny nie należy spodziewać się, że wiosna tam już dotarła. Nawet jeśli już, to na pewno nie wspięła się na szczyty gór. Z racji takiej, a nie innej pogody, remontu kolejki i lenistwa szwendamy się głównie u podnóża. W drodze powrotnej odwiedzamy kilka kolejnych punktów z Doliny Zamków i Ogrodów czy Królów i Ogrodów (nie pamiętam dokładnie tej szumnej nazwy). Zamki i ogrody są w większości dopiero w drodze do dawnej świetności.
(Na zdjęciu: wiosna w Karkonoszach)
|
|
Fraszka, czyli bieg na orientację (27.III.2011):
Daliśmy się namówić znajomym z ambitnymi dziećmi w wieku przedszkolnym na rajd pieszy, na którym ambicja była wręcz zakazana. Zwiedziliśmy lasy, błota i bezdroża Stobrawskiego Parku Krajobrazowego podążając w porządku malejącym za numerkami, które organizatorzy przemyślnie poutykali w dziuplach, w krzakach i pod kamieniami. Dość szybko zeszliśmy ze szlaku odkrywając w pobliżu miejscowość i dziwnej nazwie Pokój i jeszcze dziwniejszej historii i jej pozostałościach.
(Na zdjęciu: bezdroża)
|
|
Wilanów, czyli zaścianek jesteśmy (18.II.2011):
Zimowe wakacje spędzamy pracowicie. Udaje mi się złapać stolarzy, by dokończyli ubiegłoroczny remont, przez który nie pojechaliśmy na Kanary. Przez tegoroczny remont nie jedziemy na Hawaje. W wolnym czasie podarowanym nam przez stolarzy wertuję archiwa we Włocławku znajdując ślady prapradziadków, a w drodze powrotnej nawiedzamy Warszawę i królewską siedzibę w Wilanowie. Fajne, choć wydaje mi się, że w Wersalu to tej wielkości jest altanka ogrodowa. Za to cieciów było więcej niż w Wersalu - na metr kwadratowy i na łepka (były tylko nasze dwa).
(Na zdjęciu: królewskie pokoje)
|
|
Licheń, czyli królestwo kiczu (14.II.2011):
Licheń leży przy drodze z Torunia do Wrocławia (jakże by inaczej) i od dawna kusił mnie złocącą się z dala kopułą. W końcu decydujemy się tu skręcić. Porę wybieramy całkiem dobrą - mróz i oślepiające słońce, zero ludzi (no może 10-ciu, co na takiej przestrzeni można zaokraglić do zera). Oglądamy Stary Licheń i bazylikę w Nowym Licheniu. Wszystko robi wrażenie, choć mieszane.
(Na zdjęciu: kopuła, która nas nie raz kusiła)
|
2010
|
Kowary (24.X.2010):
Jeden dzień w Karpaczu wystarczył, by dorobić się zakwasów. Dodatkowo pogorszająca się pogoda zdopingowała nas do ewakuowania się w stronę nizin. Najpierw jednak zwiedzamy kopalnie uranu w Kowarach - pod ziemią siąpiący deszcz nie przeszkadza. Potem odkrywamy parełki w Dolinie Królów (czy ona się tak nazywa? i dlaczego?) - niektóre już odnowione cieszą oko.
(Na zdjęciu: Wojanów)
|
|
Karpacz (23.X.2010):
Andrzej A. odkrył na nowo Krokusy, czyli domki Uni w Karpaczu. Korzystamy z "uprzejmości" Samodzielnej Sekcji Socjalnej i wczasujemy się w atmosferze lat 70-tych, bo z tego okresu pochodzi większość wyposażenia. Góry są starsze, ale wyglądają lepiej. W zimowej szacie, lodowatym wietrze i oślepiającym słońcu robimy całkiem ambitną trasę przez Kopę i nad Kotłami.
(Na zdjęciu: Śnieżka, na której tym razem też nie byliśmy)
|
|
Góry Orlickie (16.VIII.2010):
Góry Orlickie otaczają od południowego-zachodu Kotlinę Kłodzką i stanowią granicę pomiędzy Polską i Czechami. Obecnie już właściwie nie stanowią i trudno zliczyć, ile razy lewą nogą stąpaliśmy po polskiej ziemi, a prawą - po czeskiej (w drodze powrotnej - odwrotnie). Tydzień w Lasówce spędzilismy pracowicie: włócząc się po granicy, po lasach i torfowiskach zazwyczaj przemoczeni deszczem oraz zbierając tony grzybów. W chwilach wolnych od moknięcia i objadania się grzybami odwiedzilismy co nieco po czeskiej stronie (w tym pałac w Czastolowicach - naprawdę warto - ciekawy, dobrze utrzymany i ładne solniczki sprzedają; twierdzę Haniczkę; przełom Orlicy). Całkiem bogaty plon, jak na tydzień lenistwa.
(Na zdjęciu: owieczki w Spalonej spędzające czas równie aktywnie, jak my)
|
|
Ukraina (16-30.VII.2010):
Zupełnie niepotrzebnie Andrzej usilnie namawia mnie na wyjazd na Ukrainę. Nie trzeba mnie namawiać. Tym bardziej, że możemy zwiedzać samopas korzystając ze wsparcia Marko i Olji. W sumie zobaczyliśmy tylko skrawek Ukrainy, ale wrażenia są bogate i rozległe - starczyło ich na margines "Hej sokoły" oraz cztery albumy. Mimo wielokrotnego przesiewania, nie dało się już nic więcej wyrzucić.
-
Chyrów, Dobromil, Sambor,... - najpierw w pobliżu polskiej granicy odwiedzamy rodzinę Andrzeja i domniemaną rodzinę Andrzeja.
- Cmentarz Łyczakowski - od niego rozpoczynamy zwiedzanie Lwowa.
- Lwów - potem przez trzy dni odwiedzamy Lwowskie centrum, opłotki i skansen.
- Karpaty, Zakarpacie i znów Karpaty - oprócz Lwowa uparliśmy się zobaczyć Karpaty - zobaczyliśmy ich troszeczkę, bo pogoda nie sprzyjała, i uciekliśmy na Zakarpacie, gdzie pogoda też nie sprzyjała. W drodze powrotnej znowu wróciliśmy w Karpaty, do Drohobycza, Dobromila ... i do Polski.
(Na zdjęciu: jedno z tysiąca zdjęć, akurat to przedstawia Stara Sól)
|
|
Wrocław (27.VI.2010):
We Wrocławiu cały czas czuję się przybyszem i nie podejmuję się być przewodnikiem ani po jego zabytkach, ani po przybytkach. Rolę cicerone zostawiam więc Andrzejowi, który po konsultacjach z Panem Googlem w końcu się zgadza. Ja dołączam do wycieczki, którą sformowaliśmy z Ali i z Marcina, i liczę, że się trochę podszkolę.
(Na zdjęciu: Krasnale niewątpliwie są fajnym pomysłem; tylko gdyby jeszcze były w tych znaczniejszych turystycznie miejscach i gdyby dało się z nich coś na ten temat wyciągnąć... )
|
|
Ogród Japoński, czyli (29.V.2010):
Rzadko kiedy uznałabym, że spacer po Wrocławiu nadaje się na samodzielny album, tym bardziej po jednym parku. Tym razem humory dopisału i słońcu, i kwiatkom, i mi, więc się uzbierało.
(Na zdjęciu: azalia w dobrym humorze)
|
|
Świeradów i Pogórze Kaczawskie (10.V.2010):
Lubię Góry Izerskie, więc udało mi się namówić resztę towarzystwa na ponowny wyjazd w okolice. Towarzystwo jednak ostatnio się jakieś "ą" i "ę" zrobiło i chciało zwiedzać zamki i pałace. Jakoś żeśmy się pogodzili i zarówno zwiedziliśmy Frydlant (warto - duży i ładnie odrestaurowany), jak i nawiedziliśmy Chatkę Górzystów na Polanie Izerskiej (też warto - spacer słuszny, naleśniki z jagodami gigantyczne i przepyszne). W drodze powrotnej robimy przegląd Pogórza Kaczawskiego i znajdujemy na nim z pół tuzina zamków i pałaców (rzadko odrestaurowanych) i tyleż wulkanów (rzadko czynnych).
(Na zdjęciu: w zasięgu w drodze do Chatki Górzystów)
|
|
Góry Krucze (28.III.2010):
Niech ja sobie przypomnę, gdzie to było... Gdzieś między Karkonoszami a Kotliną Kłodzką? Jakoś tak. Wyszliśmy z Lubawki, obeszliśmy okoliczne pagórki i zeszliśmy do Lubawki. Potem jeszcze podjechaliśmy do Chełmska sprawdzić, czy domy tkaczów jeszcze stoją. Stoją.
(Na zdjęciu: chyba widok z pagórków na Lubawkę)
|
2009
|
Trasa Wrocław - Toruń - Wrocław (14-16.VIII.2009):
Po drodze do Torunia i z powrotem postanawiamy: po pierwsze skrócić drogę, po drugie coś zwiedzić. Wychodzi, jak wychodzi. Tak długo nigdy nie pokonywałam tej trasy, choć zwykle jechałam dłuższą. Na dodatek ten wypad źle rokuje na przyszłość. Okazało się, że wystarczy rozglądać się na boki, by okolica rozkwitła pałacami, parkami, klasztorami... Na razie zwiedziliśmy: Dobrzycę (klasycystyczny pałacyk z parkiem), Ostrowo nad Gopłem (kościół, kaplica, cmentarz i grobowiec Trzcińskich), Kościelną Wieś (XII-wieczny kościół), Zamek Bierzgłowski (zamek krzyżacki z XIII wieku), Ląd (zespół klasztorny, pocysterski, naprawdę okazały)
(Na zdjęciu: odremontowana przez EU siedziba wolnomularzy w Dobrzycy)
|
|
Olimpiada Informatyczna - finały 2009 w Gdyni (2-5.IV.2009):
Do Sopotu wybraliśmy się z Wrocławia pociagiem, żeby nie męczyć się długą jazdą samochodem. Więc męczyliśmy się bardzo długą jazdą pociągiem. W Sopocie i Gdyni - ładnie. Finałów nie utrwaliłam, ale pewnie jakieś zdjęcia ma Jarek Milczek, bo jego pierworodny wygrał w cuglach. W Gdyni odwiedzamy rafy koralowe, a potem wracamy do Sopotu na piechotę wynajdując w lesie stanowiska przedwojennej artylerii strzegącej wejścia do portu w Gdyni.
(Na zdjęciu: molo w połowie drogi z Gdyni do Sopotu, gdzie poważnie zaczęliśmy się zastanawiać nad wezwaniem taksówki)
|
2008
|
Niemodlin i Lipno (20.VII.2008):Jednodniowy wypad w "okolice" Wrocławia. Wyczytałam, że w Niemodlinie jest zamek-pałac o piastowskich korzeniach (zagrał klasztor w Jasminum). Jest też ciekawy, duży kościół i kilka domów-kamienic. Wszystko (prawie wszystko) podupadłe, obdrapane, opustoszałe...
Lipno to park-arboretum kilkanaście kilometrów od Niemodlina. Bardzo duży obszar,
piękne drzewa, także egzotyczne okazy. Fajne miejsce nawet na rower, bo na piechotę
trudno było wszystko obejść.
(Na zdjęciu: Malownicza i strasznie zawalona plebania w Niemodlinie)
|
2007
|
|
|
Książ i coś jeszcze (27.V.2007): plan
to zobaczyć wreszcie niewidziane przez prawie dwie dekady kwitnienie
rododendronów w Książu. I może coś jeszcze. Plan realizujemy, a gratis
mamy konie, Cisy i burzę w Piotrowicach.
(Na zdjęciu: Konie. Rododendrony, Cisy i Piotrowice są w środku.)
|
|
Jesenik i okolice (3-6.V.2007): okolice to
z grubsza Pradziad, Rejviz, Koberstein, Lazne Jesenik i
Javornik. Niecałe cztery dni i ponad czterysta zdjęć. Obiecałam sobie, że
opublikuję dopiero jak zostanie pięćdziesiąt.
Jest wtorek rano - zdjęć jest 285 - to jeszcze potrwa. Jest środa
rano, trzy tygodnie później - mam ponad 300% planu - 167 zdjęć. Szybciej będzie podpisać wszystkie niż
jakoś to streścić, bo teraz każde oglądam trzy razy zanim wyrzucę, a
potem i tak wyciągam z kosza, wygładzam i przeprosiwszy z powrotem
wkładam między kartki albumu.
(Na zdjęciu: zdjęcie, którego nigdy nie zamierzałam wyrzucić.)
|
|
|
|
|
|
Na rycerskim zamku w Chojniku (31.III.2007) - pchaliśmy się kawał drogi, bo ponoć bliżej rycerze już wyginęli, a Piotruś musi mieć
dobre wzorce. Warto było? Warto!
(Na zdjęciu: Baszta Głodowa, w której spodziewałam się spotkać Roberta, ale widać woli głodować bardziej komfortowo.)
|
|
W Książu (11.III.2007) pod palmami (i nie tylko). Parada egzotycznych piękności.
(Na zdjęciu: Daga utknęła w gigantycznych agawach.)
|
2006
|
"Wspinaczka" na Ślężę - 16.XII.2006 -
wspinaczka to była tylko dla Piotrusia, Lira nie zauważyła nawet, że tam była jakaś
góra, a nam "staruszkom" nie wypadało zauważać. Przyroda zupełnie nieprzygotowana
do zimy, która ma nadejść lada dzień. I słusznie, bo jeszcze nie nadeszła,
a ja uzupełniam ten album już po Nowym Roku.
(Na zdjęciu: musowo Lira, to ona była hitem tego dnia)
|
|
|
|
Maślaki na Wzgórzach Strzelińskich, 22.X.2006
Przymrozki zdają się zapowiadać koniec jesieni i grzybów. Nic bardziej mylnego - mogę pobawić się we wróżkę, bo piszę te słowa ponad dwa miesiące później. Nadal nie widać końca jesieni. Grzybów może nadal jest w bród, ale już wszystkim wychodzą bokiem, więc nikt nie wybiera się sprawdzać. Wszyscy udają, że jest zima, choć by sobie to wmówić trzeba się mocno, mocno skupić w sobie.
(Na zdjęciu: czarny łepek wyłowiony w powodzi maślaków)
|
|
Taty urodziny 5.X - dodatkowo parada fotogenicznych grzybow.
(Na zdjęciu: nie mogłam zdecydować się, czy solenizant czy grzyby, więc są razem.)
|
|
Góry Bialskie i Masyw Śnieżnika, 9-10.IX.2006
Kolejne podejście do spotkania pospływowego. Znowu stawiła się mikra część - może jeden dwa kajaki - chyba te same co poprzednio - i gościnnie Jacek.
(Na zdjęciu: ludzie na dachu w Stroniu Śląskim zajęci swoimi sprawami.)
|
 |
Zwiedzanie Wrocławia (28-30.VIII) Z okazji przyjazdu Ali miałam
okazję pozwiedzać Wrocław. Wrócić raz jeszcze do wrocławskiego ZOO,
zobaczyć pierwszy raz Panoramę Racławicką i odwiedzić kilka
innych miejsc.
(Na zdjęciu: Kawałek barwnego Czarnego Lądu w zimnym i wietrznym Wrocławiu)
|
 |
Twierdze i grzyby (26-28.VIII)
Już poprawione - można klikać na zdjęcie i przechodzi
się do kolejnego. A jak uzupełniam, to może dodam Post Scriptum: to był ostatni week-end Miśka :(
(Na zdjęciu: Borowik jak pułkownik)
|
 |
Toruń i okolice w okolicach 15.VIII -
Tydzień wakacji w Toruniu po wakacjach nad Pilica, w tym runda po Kujawach (nawet ze zwiedzaniem
zabytków - kosciół w Pieraniach!), inspekcja w Łysomicach, w celu sprawdzenia, ile psów w międzyczasie tam przybyło, oraz w lesie,
w celu sprawdzenia, czy nie pojawiły sie tam grzyby.
(Na zdjęciu: unikalna scena - ja z Jarka.)
|
 |
Góry Stołowe (Radków, Wambierzyce, Duszniki Zdrój) - 15-16.VII:
upalny lipiec, parujące asfaltem, ledwo dyszące miasto w stanie
przedzawałowym - w weekend chcemy ziścić marzenia o cienistych lasach,
górskich potokach i chłodnym p[ow]i[e]wie. No i mamy szczęścia więcej niż
nam się zamarzyło - jest zimno, w dzień nie wystarczają polary a w nocy
śpiwory. Do wody nikt się nawet nie zbliżył, jeśli nie była
butelkowana. A więc jeden dzień spędziliśmy na krótkim spacerku na
Szczeliniec, który odpowiednio rozciągnięty po bezdrożach wystarczył na cały dzień, a
w niedzielę obijaliśmy się jak prawdziwi turyści po kawiarniach,
zabytkach (Wambierzyce) i deptakach (Duszniki) - z jednym tylko
wyskokiem na Muflona (nad Duszniki). Po powrocie do Wrocławia - stara śpiewka - upał, upał, upał... Czyżby
ten week-end nam się tylko przyśnił?
Uwaga: zdjęcia ludne jak rzadko!
(Na zdjęciu - owoce leśnego runa wędrują z ręki do ręki.)
|
 |
Adrspaske Steny, Ostas, Broumov i okolice (17-18 czerwca) - wycieczka mocno zagrożona...
Po całym tygodniu upałów w piątek pogodzie raptownie odmieniło się i lunął
deszcz z błyskawicami, grzmotami itp. Tak do rana i dłużej. Ludzie o słabszych nerwach nie
wytrzymali i została nas piątka. Nieugietość została sowicie nagrodzona, bo
jak już pojechaliśmy do Czech, to pogoda była bez zarzutu,
a skałki i tłumy w Adrspachach imponujace. Jednakowoż znalazły się też zaciszne zakątki:
Ostasz (prawie) by night i Broumovske Steny od drugiej strony.
(Na zdjęciu: tłumy wciśnięte w skalną szczelinę)
|
 |
Mała Majówka na Wielkiej Sowie
Deszcz rozmył
wielkie plany na długi weekend. Jeszcze nie pytałam, czy mogę, ale
wkleiłam do albumu też zdjęcia Andrzeja.
Andrzej odpisal, że "Jasne", więc te niejasne są bez pozwolenia.
(Na zdjęciu: wieża na Wielkiej Sowie z wszelkimi przyległościami)
|
|
Na poszukiwanie wiosny (vel Camel Trophy)
Chrzest bojowy FF: .
Wiosny poszukiwaliśmy w Wąwozie Myśliborskim - nie tylko my, bo jacyś biolodzy
prowadzili tam nawet w tym celu wykopaliska - od razu widać, że w tym roku nie będzie
łatwo. W końcu wykryliśmy kilka kwiatków (Primula Minima
(Na zdjęciu: to, co było zamiast mostu)
|
 |
Finał OI 2006 w Sopocie
Śnieg w lesie, resztki śniegu na plaży i
tęcza - iskierka nadziei na lepsze.
(Na zdjęciu: morze w chłodnej tonacji skłaniającej do zadumy)
|
 |
|
2005
|
Jeseniki (11-12 listopad)
Wszystko na opak, czyli wszędzie inwersja. Ostatnia okazja na jesienną wycieczkę
dobrze wykorzystana. Okazało się, że Jeseniki są blisko, a nawet dzięki A4
bliżej, o nocleg i jedzenie łatwo, podobnie o góry. Trzeba jeszcze tam
kiedyś wrócić.
(Na zdjęciu: oczywiście inwersja)
|
|
Jesień przy okazji pobytów w Toruniu
Resztki jesieni w ogrodzie Rodziców. Grill urodzinowy Taty, na
ktorym psy spasły się niemiłosiernie. I jeszcze parę zdjęć przydrożnych i
zrobionych na wszystkich Świętych.
(Na zdjęciu: kolory nie tylko jesieni)
|
|
Jagodno
Długa historia przejścia
od standardu deweloperskiego do ludzkiego. W miedzyczasie minęły trzy pory
roku - a ja tego prawie nie zauważyłam. Z konta zniknęła mi równowartość
samochodu średniej klasy - tego nie sposób nie zauważyć. Efekt - choć jeszcze
nie ostateczny, to mnie zdecydowanie zadawala.
(Na zdjęciu: łazienka w nastroju)
|
 |
|
|
Zygmuntówka (2-3 lipiec):
Wypad w Sokoliki i do
Bolczowa. Zaczęło się od turnieju rycerskiego w Bolkowie, spotkania kopciuszka
(nie dał się sfotografować)
i dziewczyn z
Mikołowa (one chętnie pozowały). Potem poznałam Miśka a Piotruś zobaczył oko
smoka. Następnego dnia spotkaliśmy dzielną foksterierkę alpinistkę, którą Sławek uratował z opresji, ku
rozczarowaniu żądnych sensacji fotoamatorów, którzy czyhali z aparatami w
nadziei na krwawą jatkę. I była jeszcze nowa znajoma, która przyjechała w
górki ze złamaną nogą - tak trzymać, nie można rezygnować z wyjazdu z powodu
byle głupoty, np. szyny w nodze.
|
 |
Międzynarodowa Olimpiada Informatyczna (Nowy Sącz, sierpień):
Osoemdziesiąt państw,
ponad 500 gości, ja miałam zajmować się setka guidów. Kilka nieprzespanych nocy,
reszta niedospanych. Z sekretariatu na świat patrzyłam właściwie tylko przez
komórkę. Dopiero pod koniec udało mi się wyrwać i okazało się, że na zewnątrz świat
bywa piękny.
|
 |
Wojsławice (czerwiec): Kilka zdjęć z Niemczy, a potem już
arboretum w Wojsławicach: przed burzą, w strugach deszczu i po burzy. Na końcu
krótka wizyta w uzdrowisku i relaks przy dzwiękach orkiestry dętej.
|
 |
Bielawa (29 maja): Ucieczka z Wrocławia w upalny dzień.
|
2004
 |
Koniec 2004 roku (wrzesień-grudzień): jeszcze kolorowo
w ogrodzie u Rodziców, potem suty stół świąteczny. |
 |
Jesienne wypady w okolice Wrocławia (październik): poszukiwanie grzybów
z mizernym skutkiem w okolicach Obornik Śląskich oraz kamieni w
okolicach Strzelina - tych było w ilościach dowolnych. |
 |
IOI w Atenach (lipiec 2004): |
 |
Włodarz i okolice (czerwiec): odwiedziliśmy kilka imponujących
dziur w ziemi wydrążonych rękami więźniów przez znany z pracowitości naród
niemiecki. Węszący światowy spisek wszechpolski przewodnik próbował zaszczepić
nam bakcyla poszukiwaczy skarbów, ale jak powiedział, że to na pewno nie były
piwnice winne, to przeszła mi ochota do eksploracji. |
2003
 |
Anglia w pigułce (sierpień-wrzesień): angielska prowincja tak,
jak ją sobie wyobrażałam, a nawet jeszcze bardziej. |
 |
Świeradów i Góry Izerskie (1-3 maj): majówka; Cała Polska
grillowała - my też próbowaliśmy, ale było zimno. Znaleźliśmy w Świeradowie
miejsca nur fur Deutsch i olaliśmy je. Na zapomnianej stacyjce był
teatr dziwadeł. W zamku w Czochach był ponoć
duch niewiernej żony i na pewno wyjący pies-z-Czoch. W miłym barku na
pałacowym dziedzińcu dostałam podwójną porcję adwokata, więc w drodze
powrotnej słodko spałam. |
Olimpiada Informatyczna
|
Międzynarodowa Olimpiada Informatyczna - IOI (VIII.2004, Grecja)
Zjawiamy się w Atenach upchnięci gdzieś pomiędzy gwiazdami sportu i parasporu. Zdjęcia mam z epoki "piórkiem i węglem", która nie tolerowala błędow i wypaczeń. Boże, kiedy to było... Jakies parę tysięcy zdjęć temu...
(Na zdjęciu: w sumie to wszystko jedno co, wszystko jest bardzo starożytne, bardzo zabytkowe i bardzo stare...)
|
|
Olimpiada Informatyczna Europy Centralnej - CEOI (27.07-3.08.2005, Węgry)
Zabrałam się za uporządkowanie zdjęć strasznie poniewczasie. Wydawało mi się to już bez sensu,
bo co po dwóch latach będę jeszcze w stanie o tym napisać. A w końcu musiałam się ograniczać, powstrzymywać,
wykreślać nadmiar słów. I wiele przemilczeć. To jest powód, dla którego lubię zdjęcia,
pozwalają wygrzebać z pamięci (a czasami z szafy! kto przeczyta, ten zrozumie :-) ) rzeczy pozornie dawno zapomniane.
(Na zdjęciu: Hun, który dochował się do naszych czasów.)
|
|
Bałtycka Olimpiada Informatyczna - BOI (6-9.05.2005, Litwa)
Też zebrane długo, długo po. Też dużo mi się przypomniało, ale jakoś tak
mniej kolorowo i wesoło niż w przypadku Sarospatak. Jak ktoś ma
litewskie korzenie lub sentymenty, to niech lepiej tego nie czyta.
(Na zdjęciu: Coś, o czym wcześniej w ogóle nie wiedziałam.)
|
Spływy kajakowe w latach 1999-????
|
Zbrzyca (25.VII-4.VIII) - spływ AD 2009. Myślałam, że już nie będzie krócej i bardziej "na ostatnią chwilę" niż poprzednio. A jednak.
(Na zdjęciu: zachód słońca, jakich wiele. Ale w mieście ich nie widać.)
|
|
Wda (1.VIII - 8.VIII) - spływ AD 2008. Spływ był krótki, taki trochę pro forma, żeby nie było, że nie pojechaliśmy. Aż dziw, że w tak krótkim czasie zdążyło tyle napadać.
Na zdjęciu: drinków z parasolką mieliśmy pod dostatkiem.
|
 |
Powrót znad Pilicy (7-10.VIII) - w trzy-cztery dni objechaliśmy kawał świata -
Małopolski. Strasznie się o tym kawale
rozpisałam, bo bałam się, że nawał wrażeń szybko odejdzie w zapomnienie.
Poza tym po powrocie poczułam
(szczerze!) głód wiedzy.
Co na fali szybko przemijającego zapału uzupełniłam, to w albumie zawarłam.
Są już (może raczej wreszcie) zdjęcia
w powiększeniu.
(Na zdjęciu: Małopolska)
|
 |
Pilica (30.VII-7.VIII) - spływ AD 2006 - powierzchowną opinię, jaką miałam
o tej rzece, od rzeczywistości dzieli przepaść. Jedyne, co pamiętałam, ze szkolnej
ławy, to iż Łódz z niej wode pije - i co, wybierać się kajakiem do Łodzi? A okazało
się, że woda przejrzysta, dno wyściełane piaseczkiem, brzegi zasadniczo odludne.
Rzeka spora, i całe szczęście, bo po upalnym lipcu zaczęło w kraju brakować wody, a tam
jeszcze co nieco zostało. Niestety - trochę krótka - było na tydzień płynięcia,
choć rozciągaliśmy niemożebnie.
Jakby się kto uparł, to można pewnie było jeszcze płynąć dalej, ale Zalew Sulejowski kwitł,
a za nim ponoć ścieki (nie sprawdzaliśmy).
Są już (może raczej wreszcie) zdjęcia
w powiększeniu.
(Na zdjęciu: Pilica - a co ma być?.)
|
|
|
Spływ Drwęcą A.D. 2005 - beze mnie, wiec oczywiście nie ma
zdjęć. Można sobie zajrzeć do albumu Andrzeja.
(Na zdjęciu: nie ma nic)
|
|
Spływ Drawą i Regą A.D. 2004 - mikry spływ na dwa kajaki.
(Na zdjęciu: druga strona medalu)
|
|
Spływ Brdą i Zbrzycą A.D. 2003 -
spływ, na którym wbił mi się wybitnie w pamięć setny kilometr, a na nim
szampan w poświacie, wszędobylskie kociaki i skrzypiące zawiasy.
(Na zdjęciu: świętujemy setny kilometr)
|
|
Spływ Gwdą A.D. 2002 - wyjątkowo łaskawy dla kliszy filmowej - nie wiem, jak to się stało, ale z dwóch filmów za "niegodne"
uznałam może dwa zdjęcia (uwaga na marginesie dla współczesnych: film to
36 zdjęć, których nie da się przejrzeć i skasować przed powrotem do domu
i wywołaniem). Słońce świeciło miękko
i pastelowo.
(Na zdjęciu: już pierwsze zdjęcia były fajne, a potem... jak zmieniało się, to tylko na lepsze.)
|
|
Spływ Brdą A.D. 2001 - bez zdjęć - byłam tam, ale nie miałam
melodii do wyciągania aparatu. Trochę zdjęć porobił Andrzej (patrz tutaj), trochę Bartek i mnóstwo
Robert - ale oni nie mają ich na stronie - przynajmniej mi nic o tym nie
wiadomo.
(Na zdjęciu: u Pani Zosi w chatce z bajki)
|
|
Spływ Krutynią A.D. 2000 - na początku znośnie - znaczy spokojnie i ustronnie; potem wybitnie turystycznie - nieludzki tłum ludzi; a potem już sobie mogło być
tłoczno bośmy wypłyneli na jeziora, które były w stanie wszystko pomieścić (choć nie musiały, bo wiało i prawie wszystkich wywiało).
(Na zdjęciu: a ja myślałam, że już pod żagle nie wrócę - tymczasem jak zawieje, to i kajakarz rozwija skrzydła)
|
|
Spływ Drwęca A.D. 1999 - mój pierwszy spływ kajakowy. Dawniej woziłam
się po wodzie tylko na żaglówkach na kajaki spoglądając z góry, z dala i z leniwa.
Przyszło poznać nowy punkt widzenia - zdecydowanie bliższy wody.
(Na zdjęciu: zakątki niedostępne dla łódek)
|
|
Hej sokoły, czyli tam szum Prutu, Czeremoszu
[...]Gość w dom! - przysłowiowym chlebem i solą wita nas Olja. Od przysłowiowego chleba i soli ugina się stół.
Pryjemnoho apetytu! Isty, pyty! - zapraszają gośnnie gospodarze. Zmęczeni podróżą jemy i pijemy.
Duże smaczno. - dziękujemy. Wtedy stół nakrywa się po raz wtóry. [...]
(dodane od 10.07.2011)
|
Rozważna i romantyczna, czyli zielone wzgórza nad Soliną
[...]Zazwyczaj po zagranicznych wojażach spotykamy się ze znajomymi,
by wymienić się wrażeniami:
Zaprosimy znajomych na obiad z okazji wyjazdu na Kanary? -
rzucam propozycję.
Ale przecież nie byliśmy na Kanarach. - odpowiada zdziwiony AM.
Tak, ale to nie ich wina, że tam nie dotarliśmy. - wyjaśniam.
(dodane 4.09.2010)
|
To był maj, czyli upływa szybko życie
[...]To nie tak miało być. Nie taki był plan. Jak zaczynałam z małą farmą i pustą kieszenią, to owszem, wiadomo, trzeba było się narobić, żeby do czegoś dojść. Ale teraz, jako "Nieustraszony Oracz" na 1000 farm-arowej, nowoczesnej i zmechanizowanej farmie z kilkoma milionami farm-dolarów w kieszeni powinnam leżeć brzuchem do góry.[...]
(dodane 31.08.2010)
|
W szponach nałogu, czyli nie chcę ale muszę
[...] Nie ma dobrego momentu, żeby skończyć. Przez bulgotanie mięczaka dociera do mnie jak spod wody mrauczenie kotów. W końcu rezygnują i idą przespać głód. Z równie daleka dobiega głos A. Też jest głodny i też idzie spać... [...]
(dodane 20.01.2010)
|
Czytać każdy może, czyli subiektywny przegląd lektur
[...]Na pierwszych stronach, pierwsza ofiara. Zamordowana krwawo i
bestialsko (policjanci wymiotują). Na kolejnych stronach oficer
prowadzący dochodzenie pochłania na śniadanie kanapkę posmarowaną leberką i
obłożoną kiełbasą, śledzia z ogórkiem i jajecznicę na boczku (teraz ja
wymiotuję). [...]
(dodane 19.01.2010)
|
Kryzys mogę znieść, czyli ja nie muszę jeść?!
[...]Pogrzebawszy nadzieje na program, miejsce w loży i lorgnon patrzę na kryzys nieuzbrojonym okiem i rozgryzam go nieprzygotowanym umysłem, jak starożytny Egipcjanin Słońce czy Fruźka kran. Widzę płonący rydwan lub plującą żabę, czuję, że grzeje lub zalewa, ale dlaczego... jak się to uruchamia... jak zatrzymuje... jak kieruje... kto to uruchamia, kto zatrzymuje, kto kieruje...[...]
(dodane 7.09.2009)
|
Bez tej miłości można żyć, czyli znowu w życiu mi nie wyszło
[...] Pracowałam kiedyś dla Europy. Było to cenne doświadczenie. [...]
Jak się je przeżyje, to człowiek cieszy się, że przeżył i nie zamierza po raz kolejny się w to pakować.[...]
(dodane 10.08.2009)
|
Moje garbate szczeście, czyli jak tu kota nie dostać
[...] Frucha nie podzieliła mojej radości [...] na "prezent" zareagowała jak zwykle, czyli inaczej niż człowiek oczekiwał. Najpierw uparła się, że w domu zalągł się szczur i trzeba go wytępić. Gdy ze zdumieniem odkryła, że potajemnie dokarmiamy tego Szczurka, obraziła się nie na żarty.[...]
(dodane 13.07.2009)
|
Błękitna krew, czyli dialogi na cztery nogi
[...]"Przy okienku może stać najwyżej jedna osoba!" - mówi karteczka.
"O to chodzi?" - upewniam się.
"O to, to, to..." - gorliwie potwierdza Ruda!
"Że jak? Że ja jestem więcej niż jedna osoba? Pani umie liczyć "do jeden"?" - dociekam.[...]
(dodane 28.03.2009)
|
Ogród zoologiczny, czyli sztuka [nie]porozumienia
[...]Słowo to pierwsza, jakże fantastyczna kompresja obrazu - mówisz: "zebra" i każdy widzi przed oczami konia w czarno-białe paski. No, może kilku zobaczy okapi a kilku - czarno-białe pasy wymalowane na jezdni. Ale ogólnie zadziała [...]
(dodane: marzec 2009)
|
Świąteczna biesiada, czyli parcie na szkło
[...]święta zniewalają mnie siłą uświęconej tradycji. Czuję się bezradna jak kociak złapany za kark i mimo protestów rzucony w wir świątecznych zakupów, gotowania, sprzątania.[...]
(dodane: luty 2009)
|
Paragraf 22, czyli stąd do wieczności
[...]Przyłapałam się na poczuciu, że żyję dla pracy. Odpoczywam, by efektywniej pracować. Jak już się leczę, to ekspresowo, by szybko doprowadzić się do stanu przydatności do pracy. Pracy podporządkowane są: sen, jedzenie i odpoczynek.[...]
(dodane: listopad 2008)
|
Na kocią łapę, czyli jesień idzie, nie ma na to rady
[...]"To już nie jestem biedną, małą koteczką przygarniętą pod dach, by na nią dmuchać, chuchać, tulić, smakołyki pod nos podtykać, nocą kołysanki śpiewać?" - pyta zdzwiona.
"Nie jesteś!" - potwierdzam.[...]
(dodane: wrzesień 2008)
|
Zabawa w Boga czyli w mętnej wodzie
[...]Na przeciwko unijnych strategów stanęło [...] +- 35 milionów pomysłowych głów gotowych dostosować strategiczne plany do swych życiowych potrzeb, a ożywczy strumień eurogotówki skierować do własnego ogródka.[...]
(dodane: maj 2008)
|
Coś do garnka czyli nowe technologie
[...]Trochę mlaskania, siorbania i zdawkowe:
- "Może buraczków lub selerka?" - "Selerka, proszę"
- "Możesz mi podać kalafiorka?" - "Ależ proszę"
- "Jeszcze kotlecika?" - "Chętnie"
- "Dolać winka? Białe?" - "Czerwone proszę"[...]
(dodane: luty 2008)
|
Podróże kształcą czyli w Chorwacji na diecie
[...]"O! Jest wreszcie! No ten... neandertalczyk!" - znajduje właściwe słowo z nieukrywaną satysfakcją moja "współrozmówczyni"...
Patrzę na potężne zęby mego przodka, klatę jak stodoła, czaszkę jak kowadło, łapska jak u niedźwiedzia [...]
(dodane: sierpień 2007)
|
Twarza w twarz, czyli wesołe jest życie staruszka
[...]
Profesor rozpoczyna wykład oferując stówkę studentom - wszyscy są chętni. Stówka pozostaje pożądana nawet po zgnieceniu i zdeptaniu - jej wartość widać nie zależy od wieku i zużycia[...]
(Kujawy , sierpień 2007)
|
Superniania,
czyli pieniądze, to nie wszystko
[...]
Wysoko Wykwalifikowana nadciąga po raz wtóry. "Tu macie Zieloną" - oznajmia zarzucając z miotły skuloną Panią Starszą i odlatując w tumanie. Zielona Pani Starsza stoi jak ją postawiono, ręce Rozbrajającej wykonują przed czytnikiem taniec świętego Wita z paczką makaronu[...]
(Szczodre, Boże Ciało 2007)
|
Embargo, czyli głupie myśli nieprzystające do tła
Klient [...] wchodzi w krwioobieg Pasażu... zaczyna żyć jego życiem, tętnić jego rytmem, być jego cząsteczką, erytrocytem. Dopiero, gdy erytrocyt pozbędzie się całej drogocennej dawki tlenu, jest wydalany, by zaczerpnąć i powrócić z nowymi siłami witalnymi.[...]
(Wrocław, Toruń, maj 2007)
|
Kataster, czyli pigwówka i Iniemamocni
[...] Ma USA swoją Florydę, Holandia eutanazję, Szwecja polskie pielęgniarki, Afryka AIDS... Jakie jest nasze ostateczne rozwiązanie? Radio Maryja i życie wieczne? [...]
(Szczodre 21.04.2007)
|
|